Budżety jeszcze (nie)obywatelskie

Mimo wielu błędów popełnionych przy realizacji budżetu partycypacyjnego, jest to zbyt cenna idea, aby bez walki odesłać ją do lamusa


1.

Instytut Obywatelski ponad rok temu opublikował raport Wojciecha Kębłowskiego „Budżet partycypacyjny. Krótka historia obsługi”. Publikacja zawierała precyzyjny opis, czym jest budżet partycypacyjny, w Polsce nazywany także obywatelskim. Przede wszystkim jednak jasno opisywaliśmy kryteria, które powinno spełniać to demokratyczne narzędzie, jeśli nie miałoby zostać przekształcone w jeszcze jedną inicjatywę, choćby konsultacje społeczne. Te przecież nie mają charakteru wiążącego, czego efektem może być zniechęcenie mieszkańców do jakiegokolwiek angażowania się na rzecz własnego osiedla, gminy czy miasta.



Krótko: budżet obywatelski, jak pisze Kębłowski, „to proces decyzyjny, w ramach którego mieszkańcy współtworzą budżet danego miasta, tym samym współdecydując o dystrybucji określonej puli środków publicznych”. I jeśli nie jest traktowany przez włodarzy miast jako wyborczy wabik, mający na celu podnosić popularność przed wyborami, winien spełniać pięć zasadniczych kryteriów. Jakie to kryteria?

Po pierwsze, jego integralną częścią jest publiczna dyskusja między mieszkańcami. Po drugie, dyskusja w ramach budżetu partycypacyjnego dotyczy jasno określonych, ograniczonych środków finansowych. Po trzecie, budżet partycypacyjny nie jest ograniczony do poziomu dzielnicy, osiedla lub instytucji – na przynajmniej jednym z etapów dotyczy również poziomu ogólnomiejskiego. Po czwarte, jego wyniki są wiążące (co wyraźnie odróżnia budżet partycypacyjny od konsultacji społecznych). I wreszcie, po piąte, budżet partycypacyjny nie jest działaniem jednorazowym, ale długofalowym, organizowanym rokrocznie procesem.

Nasza publikacja „Budżet partycypacyjny. Krótka historia obsługi” cieszyła się dużym zainteresowaniem samorządów i działaczy miejskich. Sam odbyłem kilkanaście spotkań, od Warszawy po Sopot, od Poznania po Piekary Śląskie, od Jarocina po Cieszyn, podczas których mówiłem o zasadach wprowadzenia budżetu partycypacyjnego. Co ciekawe, spotkania te jasno pokazały, że dużo większy entuzjazm do tej formy współzarządzania miastem zdradzali „zwykli” mieszkańcy niż prezydenci, burmistrzowie czy radni. Warto więc teraz zapytać: jak ten potencjał mieszkańców polskich miast, który zrodził się wraz ze zwiększeniem świadomości obywatelskiego „prawa do miasta”, przełożył się na wprowadzanie w Polsce budżetów partycypacyjnych?

2.
Instytut Obywatelski nie tylko włączył się w propagowanie idei budżetu obywatelskiego, ale także postanowił prześledzić, jak budżety partycypacyjne są wprowadzane w poszczególnych – większych i mniejszych – miastach. Owocem tej pracy jest kolejna publikacja Wojciecha Kębłowskiego „Budżet partycypacyjny. Ewaluacja”. Dlaczego postanowiliśmy sprawdzić, jak polscy samorządowcy „realizują” budżety?

Ano dlatego, że w Polsce wiele dobrych idei rozbija się o praktykę. Krótko: co innego rozum teoretyczny, co innego praktyczny. Dlatego tak kluczowe wydało nam się, by trzymać rękę na pulsie, by pokazać błędy, a czasami nadużycia, jakie mają miejsce przy realizacji tej słusznej skądinąd idei, której celem jest zwiększenie partycypacji ludzi.

Precyzyjnie te wnioski ze swoich badań Wojciech Kębłowski opisuje w raporcie „Budżet partycypacyjny: ewaluacja”. Ze swojej strony chcę dorzucić trzy grosze, które są owocem moich osobistych doświadczeń, jakie zdobyłem jeżdżąc po Polsce, spotykając się z samorządowcami, mieszkańcami i rozmawiając o budżecie partycypacyjnym.

Po pierwsze, w Polsce jest „moda” na budżet obywatelski. Dziś już prawie sto polskich miast wprowadza do swoich strategii zarządzania miastem pewne elementy budżetu obywatelskiego. Sęk w tym, że ilość nie przechodzi w jakość. Często budżet obywatelski jest przez włodarzy miasta traktowany jako rodzaj zła koniecznego właśnie dlatego, że jest modny, że rosnący w siłę miejscy aktywiści się go domagają. Innymi słowy: prezydenci słusznie doszli do wnioski, że – by spacyfikować oddolny ruch miejski – warto ponieść taką cenę, jaką jest wprowadzanie budżetu obywatelskiego. Oczywiście pod kontrolą i na swoich warunkach.
Po drugie, rośnie świadomość ludzi, że mają „prawo do miasta” tak samo, jak mają „prawo do wolności słowa”. Że miasto nie jest własnością urzędników magistratów, ale „jest nasze”. Dlatego jednym z celów budżetu było włączenie mieszkańców w proces budowania strategii dla „ich miasta”. Każde spotkanie, w którym uczestniczyłem, pokazywało jasno, że nie ma lepszych ekspertów od miasta niż sami jego mieszkańcy. Oni znają swoje miasta jak własną kieszeń, wiedzą o każdej dziurze czy braku placu zabaw. Tyle, że włodarze miast nauczyli się prowadzić konsultacje – gdyż był to wymóg Unii Europejskiej przy wielu projektach – w taki sposób, by jednak potem ich owoce wyrzucać do śmietnika. Jeśli ustalenia w ramach budżetu nie miały charakteru wiążącego, to były zabójcze dla samej jego idei. I tak też się działo w wielu miejscach: ludzie zgłaszali swoje pomysły, a prezydenci podejmowali inne decyzje.
Po trzecie, wielu twórców budżetów obywatelskich myliło go z plebiscytem. Dlaczego? Brakowało konsultacji, spotkań, wspólnego wypracowania kryteriów zgłaszanych projektów… To prowadziło do sytuacji, w której mieszańcy zamiast ze sobą współpracować, zaczynali rywalizować. Myśleli bowiem nie o całym mieście, ale tylko o swojej ulicy czy dzielnicy. Tymczasem nie można prowadzić dobrego życia tylko na swojej ulicy, podczas gdy nie do życia jest cała dzielnica. Ba, logika plebiscytu doprowadziła w wielu miejscach do tego, że wygrywały projekty, które były wspierane przez najgłośniejszą i najsprawniejszą grupę mieszkańców. Jednym z takich kuriozów logiki plebiscytu było to, że w Kraśniku w ramach budżetu obywatelskiego wygrał projekt naprawy dachu… Kościoła. Równie intrygujący jest przypadek Grójca: budżet partycypacyjny burmistrz ogłosił na swoim profilu na Facebooku, pomysły zgłaszano poprzez zamieszczanie komentarzy, a głosowano poprzez tak zwane „lajki”.
Po czwarte, w wielu przypadkach budżet partycypacyjny został sprowadzony do „kasy”. Myślano w następujący sposób: im więcej miasto da pieniędzy, tym lepiej. Nic z tych rzeczy. Na spotkaniach z mieszkańcami jak mantrę powtarzałem, że „kasa” nie jest najważniejsza. Że celem budżetu na płaszczyźnie społecznej jest edukacja i integracja – wiedza, jak działa budżet miasta, i integracja, której celem jest myślenie w kategorii dobra miejskiego, a nie tylko pojedynczej ulicy. W wielu przypadkach było tak, że ludzie zamiast ze sobą współpracować w ramach budżetu, zaczęli się kłócić i rywalizować. Tymczasem jasno widać, że tam, gdzie ludzie ze sobą współpracują, wszyscy na tym zyskują, tam, gdzie ludzie ze sobą w niemądry sposób rywalizują, wszyscy na tym tracą. Budżet obywatelski jest przestrzenią dla kooperacji, nie rywalizacji.

3.
Czy w takim razie samorządowcy marnują ogromną szansę, jaką dla ożywienia demokracji miejskiej i poprawy jakości życia w miastach jest budżet obywatelski? W wielu przypadkach niestety tak. Nie chcę jednak, by nasz nowy raport „Budżet obywatelski. Ewaluacja” stanowił swoisty akt oskarżenia. Mam raczej nadzieję, że stanie się on rodzajem lustra, w którym część włodarzy zechce się przejrzeć, by zobaczyć, jakie błędy popełnili przy wprowadzaniu budżetu obywatelskiego. A jeśli obywatele nadal im zaufają za kilka miesięcy będą mieli szansę, żeby naprawić popełnione błędy.

Mówiąc wprost: mimo wielu popełnionych błędów, idea budżetu partycypacyjnego jest zbyt cenna, aby bez walki odesłać ją do lamusa.
Trwa ładowanie komentarzy...