Kaczyński wywiesił białą flagę

Jarosław Kaczyński w czasie ukraińskiego konfliktu wywiesił białą flagę. Pokazał, że jest politykiem, który – zamiast działać - potrafi tylko prężyć muskuły

Przez najbliższe miesiące, jeśli nie lata, to polityka zagraniczna, szczególnie ta wobec Rosji i Wschodu, stanowić będzie główną oś sporu politycznego w Polsce. Putin nawet nie kryje, co pokazał demonstracyjnie we wczorajszym orędziu rodem z ZSRR, że to właśnie z Ukrainy, a więc naszego wschodniego sąsiada, chce zrobić swoisty „poligon”, na którym ma się rozegrać pierwszy w XXI wieku, obliczony na lata konflikt między Rosją a Zachodem.



Po wydarzeniach na Ukrainie i postawie Moskwy już na dobre straciliśmy złudzenia, że w dającej się przewidzieć przyszłości dostrzeżemy w Moskwie, szczególnie tej, którą rządzi Putin, przewidywalnego partnera, a może nawet członka Unii. Czy też odpowiedzialnego za światowy pokój sojusznika NATO. Rosja Putina jest tak niebezpieczna, gdyż jest na tyle silna, by destabilizować politykę międzynarodową i zaogniać konflikty na świecie, ale jest zarazem na tyle słaba, że z otwartą przyłbicą nie rzuci rękawicy Zachodowi. Będzie raczej kąsać i ujadać, testując tolerancję Wolnego Świata.

Nieoczekiwany obrót wydarzeń politycznych na Ukrainie sprawił, że Polska, a więc i rodzimi politycy, stanęli przed jednym z najważniejszych wyzwań, przed jakim staje każdy polityk. Jest nim w dobie niestabilności ekonomicznej i zawieruchy geopolitycznej zadbanie o bezpieczeństwo kraju i ludzi. Przykładając do tej sytuacji analityczne szkiełko i oko, można pytać: kto lepiej, jako polityk, potrafi kolonizować niebezpieczeństwo i stać się gwarantem naszego bezpieczeństwa?

Na pierwszy rzut oka wydaje się jasne, że konflikt ukraiński to dar z niebios dla Jarosława Kaczyńskiego. Prezes PiS od dawna bowiem głosił dwa dogmaty, sprowadzające naszą politykę zagraniczną do prężenia muskułów. Raz, że z Rosją Putina należy postępować ostro. Dwa, także z naszymi partnerami z Unii nie powinniśmy się cackać. Krótko: jest to polityka konfrontacyjna, również wobec naturalnych sojuszników i przyjaciół. Nie jest to polityka koncyliacyjna.

A przecież jest czymś oczywistym to, co należy do elementarza politycznego: że współpraca jest lepsza niż konflikt. Współpraca sprawia, że wszyscy na niej zyskują, a na konflikcie wszyscy tracą. Realizm polityczny podpowiadał, że gdy Rosja zachowywała się racjonalnie, należało z nią współpracować. Jednak gdy tylko zaczęła się zachowywać irracjonalnie, należało powiedzieć stop!

I tak właśnie postąpił rząd Tuska. Pokazując i determinację, i skuteczność. Determinację, gdyż premier w dużym stopniu namówił swoich europejskich partnerów, by przyjęli „polski punkt widzenia”. I skuteczność, bo to w Warszawie kanclerz Niemiec, Angela Merkel, powiedziała, że Unia podpisze z Kijowem 21 marca umowę stowarzyszeniową.

A mimo to Kaczyński i jego akolici powtarzali i wciąż powtarzają, że rząd Donalda Tuska jest nazbyt uległy – zarówno wobec Putina, jak i wobec Merkel. Że celem polityki rządu jest sprowadzenie, jak to kiedyś zgrabnie ujął prezes PiS, Polski do „kondominium rosyjsko-niemieckiego”. Jest to polityka, którą pisowscy politycy często określają jako „robioną na kolanach”. W odróżnieniu od tej polityki, którą prezentuje PiS: polityki retorycznych połajanek i napuszonych haseł o godności i mocarstwowości. Polityki „prawdziwych Polaków”, czytaj: wyborców Kaczyńskiego.

I jeszcze jeden aspekt, zdecydowanie osobisty. Kaczyński wciąż powtarzał, że jest realnym przywódcą. Że tylko on, jak przyjdzie kryzys, może stanąć na czele wspólnoty, bo jest silny. Innymi słowy: Kaczyński to mąż stanu z krwi i kości. Ta narracja polityków PiS była dopełniona retoryką negatywną. Kaczyński powtarzał, że premier Tusk jest słaby, że to taki „chłopiec w spodenkach”, który troszczy się tylko o „ciepłą wodę w kranie”. Jeśli silny przywódca, na trudne czasy, to Kaczyński. Jeśli spokojne czasy, to słaby lider, czyli Tusk.

Co się okazało, kiedy przyszły trudne czasy? Kto okazał się sprawnym liderem, gdy przyszła ukraińska zawierucha i trzeba było działać efektywnie, a kto papierowym tygrysem?

Jarosław Kaczyński zrobił dwie rzeczy. Pierwszą, pojawił się na początku protestów na Majdanie, co miało tylko wymiar symboliczny. Drugą, także raczej symbolicznie i koniunkturalnie, gdyż tego domagali się Polacy, Kaczyński poparł działania rządu Donalda Tuska. Zgoda, lider opozycji ma mniejsze pole manewru niż premier kraju, ale Kaczyński nawet nie podjął wyzwania. Tym bardziej to dziwi, że przecież szykuje się do rządzenia Polską. A co mógł zrobić w takim razie jako lider opozycji?

Sporo. Przykładowo, wsiąść w samolot i ruszyć w podroż po Europie, zabiegając o spotkania i rozmowy z europejskimi politykami, by namawiać ich do większego zaangażowania na rzecz Ukrainy. Zabiegać o spotkanie z amerykańskimi politykami, którzy lobbowaliby za wzmożoną aktywnością Białego Domu w Europie Środkowej. Pojechać i spotkać się z amerykańską Polonią, by ta naciskała na senatorów. Spotkać się ze swoim ponoć wiernym druhem, Viktorem Orbanem, który – gdy przyszła godzina próby – zbliżył się do Moskwy. Itd.

Jarosław Kaczyński jednak nie zrobił nic. Od początku abdykował w konflikcie ukraińskim, wywieszając białą flagę. Dlaczego okazał się tak pasywny? Bo, jak słusznie przeczuwamy, prezes PiS nie ma w Europie przyjaciół. Nie ma ważnych polityków, którzy chcieliby z nim dziś rozmawiać o istotnych dla Europy i Polski sprawach. Co sprawia, że w dobie polityki, gdzie liczą się kontakty, umiejętność budowania koalicji i powiązania sieciowe, prezes PiS zachowuje się jak dziecko we mgle.

Co zrobił Donald Tusk, ten – jak mówił Kaczyński – „słaby polityk” od ciepłej wody w kranie? Po pierwsze, jasno powiedział, że Polska stoi po stronie wartości, o które walczą zwykli Ukraińcy – wolności, demokracji, europejskich aspiracji Kijowa i tamtejszego społeczeństwa obywatelskiego. Po drugie, premier spotkał się z większością europejskich liderów, od kanclerz Angeli Merkel poczynając, poprzez prezydenta Francji François Hollande, a na Viktorze Orbanie kończąc. I, co kluczowe, przekonał ich do polskiej wizji oglądu sytuacji wobec Ukrainy i Rosji. Po trzecie, Tusk potrafił zgromadzić przy jednym stole polskich polityków, zazwyczaj skłóconych i podzielonych, by pokazać jedność Polski wobec konfliktu na Ukrainie. Po czwarte, ten typ strategii, który prezentuje i praktykuje Tusk, jest tak ważny, gdyż stanowi on gwarancję naszego bezpieczeństwa – jest bowiem budowany poprzez sieć europejskich i transatlantyckich powiązań i zobowiązań.

A teraz sami musimy sobie odpowiedzieć na pytanie: kto dziś jest autentycznym liderem? Czy jest to Jarosław Kaczyński, który potrafi tylko prężyć muskuły i głośno krzyczeć? Czy Donald Tusk, który unikając pompatycznej retoryki i polityki symbolicznej, potrafi skutecznie działać, budując międzynarodowe porozumienia, których celem jest bezpieczeństwo Polek i Polaków. I naszego państwa.
Trwa ładowanie komentarzy...